Admiralette – recenzja


Na swoim blogu i w notce sklepowej, autor obiecuje czytelnikom barwną przygodę, awanturę w klimatach minionych wieków… czego nie jest w stanie spełnić. Admiralette to boleśnie przeciętna powiastka, której na naszym rynku zatrważająco wiele. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, nie jest szczególnie dobra i czytanie jej to raczej strata czasu.

Zanim zaczniemy, muszę trochę wyjaśnić się przed wszystkimi, którzy tutaj zaglądają po raz pierwszy. Andrzej Tucholski, autor recenzowanej książki, jest znanym blogerem. Znacznie bardziej znanym niż ja. Admiralette to jego debiutancka książka. To nie jest komfortowa pozycja dla mnie. Chciałem zapewnić wszystkich wiernych czytelników Andrzeja, którzy przypadkiem trafią na ten tekst przeszukując Google, że ta notka została napisana z neutralnego punktu widzenia.

Takie właśnie mewy wywołały sporą dezorientację wśród czytelników.

Takie właśnie mewy wywołały sporą dezorientację wśród czytelników.

Andrzeja znam słabo – zdarzyło mi się przeczytać kiedyś dwie notki na jego blogu, nigdy nie miałem okazji uścisnąć jego dłoni, widziałem kilka vlogów. Nie mam nic do gościa osobiście – jeśli tylko jego styl pisania znajduje swoją publiczność, cieszę się jego szczęściem. Z tego co rozumiem (i co mi powiedziano), debiutancka książka Andrzeja Tucholskiego to jego spełnienie marzeń, to coś nad czym pracował i jest dowodem jego wytrwałości. Została wydana samodzielnie, co jest dość popularną praktyką – Krzysztof Gonciarz wydał w ten sposób swoją książkę o filmowaniu w internecie, a Kominek swoje porady w pisaniu bloga. Andrzej jednak pozostał oryginalny: postanowił rzucić się na beletrystykę. W pełni szanuję tę próbę. I mam nadzieję, że Andrzej doceni cenę, z jaką przychodzi publikowanie takiej książki – potraktuję go jako normalnego pisarza, przyjmę dokładnie takie same kryteria, nie będę dawać żadnej taryfy ulgowej tylko dlatego, że prowadzi bloga. I jego powieść jest… naprawdę rozczarowująca. Nawet na standardy debiutanta.

Podobno na początku krytycznej recenzji powinno się wychwalić wszystkie pozytywne strony – wtedy wszystko co złe, boli mniej. W takim razie, mogę powiedzieć, że podoba mi się dystrybucja książki. Edycja cyfrowa jest o połowę tańsza od wersji papierowej, do której ta pierwsza jest jeszcze dołączana. Chciałbym, żeby wszyscy wydawcy przyjęli ten model, a nie tylko autorzy decydujący się na self-publishing. Szkoda, że Admiralette nie jest warta nawet połowy tych pieniędzy. Ta książka jest okropna, praktycznie nie da się jej czytać. Do tego stopnia, że nawet nie wiem gdzie zacząć.

:|

:|

Zgodnie ze słowami autora, powieść należy do gatunku „morskiego fantasy” . Miejscem akcji jest flota składająca się z dużej ilości (setek albo dziesiątek tysięcy, książka sama nie jest w stanie się zdecydować) statków, niezależna od jakiegokolwiek państwa. Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Sephira, córka wielkiego Admirała (z zawodu galernika) – co w tej społeczności nadaje jej status kogoś w rodzaju księżniczki. Pewnego dnia ojciec wzywa ją do swej kajuty, by przekazała wiadomość na statek meteorologów, co Sephira robi, dostaje też wiadomość o buncie na tyłach floty. Kiedy wraca, dostaje szlaban za spięcie agrafką spódnicy (co – jakimś cudem- ma tworzyć prowizorycznie spodnie). Następnie wymyka się podczas burzy, i traci przytomność. Potem przybijają do portu państwa kościelnego w którym władze dzierżą kobiety, gdzie czeka na nich zasadzka. Teoretycznie, książka jest podzielona na trzy opowieści. Ale, na potrzeby tej recenzji, będę ją traktował jak jedną powieść – Każda z nich, indywidualnie, wypadłaby dużo gorzej.

Ciężko podążać za czymkolwiek w tej powieści. Autor nie postarał się o jakiekolwiek okno dla widowni, nie tłumaczy też jak właściwie ten świat funkcjonuje, jakie są jego realia polityczne i społeczne. Część pytań jest rozwianych w dalszym ciągu narracji, ale nie wszystkie – powstają też nowe, przez liczne dziury fabularne i niekonsekwencje pisarza. Jestem pewien, że Andrzej poświęcił całkiem dużo czasu na studiowanie o sztuce żeglarskiej, jestem w stanie to poznać po niektórych opisach. Niestety, ja nie poświęciłem. Wiele opisów w Admiralette jest przesadnie dokładnych, opisujących każdą śrubkę małego urządzenia. Równocześnie, są napisane w taki sposób, że bez znajomości opisywanych obiektów… nie jesteś w stanie sobie ich wyobrazić. Książka napisana jest tak źle, że ciężko wyobrazić sobie pomieszczenia, mimo długich i kwiecistych opisów. Przykładowo, z jednej sceny wynika, że Admirał jest zamknięty w swojej kajucie od zewnątrz – nie jest w niewoli, po prostu tak są zamykane drzwi (tak, swoją drogą – drzwi są zawsze otwierane od tej strony, z której akurat stoi Sephira). W innym miejscu powieści, wcześniej opisane schody zostały zapomniane. Mogę się mylić co do tego ostatniego – być może bohaterowie nagle znaleźli się w zupełnie innym miejscu, a ja -przez dezorientujący opis- nie byłem w stanie tego wyłapać.

lol, romans.

lol, romans.

Książka napisana jest topornym, ciężkim językiem. Pełno tu nienaturalnych, wyegzaltowanych i hipsterskich metafor i porównań, wciśniętych do zdań o wątpliwej poprawności językowej. Pierwotnie, nie planowałem wyłuszczać wszystkich rodzynek – ale najwidoczniej, czytelnicy musieli dość głośno wyrażać swoje niezadowolenie, bo autor postanowił wytłumaczyć się na swoim blogu. No, i dowiadujemy się, że zawarte w tekście „miauczące mewy” to zabieg celowy i mają odnosić się do „mewy ciemnoogoniastej” – czyli (używając poprawnych terminów) mewy japońskiej, której skrzek nadał jej przydomek „umineko” (morski kot). Kuriozalne miary jak „czterdziestu mężczyzn” (miara wysokości) albo „trzy zaparzenia herbaty” (miara czasu) mają być z kolei inspiracją kulturą azjatycką: „Stąd, między innymi, pojawiły się w prozie miauczące mewy. Stąd leżące na podłodze ostrza Loitha i Bijala nie mają luźnych pokrowców. Stąd kolokwialnie używane jednostki miar co do zasady nie są podawane w żadnym standardowym formacie, a raczej w zależności od kontekstu społecznego czy sytuacji.”

Nie mam najmniejszego pojęcia jak te miary odnoszą się do sytuacji (spoiler: nie odnoszą się) albo do kontekstu społecznego (wtf), ale nie ma to najmniejszego znaczenia, gdyż ich jedynym efektem jest dezorientacja czytelnika – nie wiadomo co się właściwie dzieje i dlaczego. Te zbędne upiększacze i dodatki nie wzbogacają przedstawionego świata, nic nie wnoszą do relacji między bohaterami i nie tworzą żadnego bogatego misterium. Zamiast tego, powstaje ogromny dystans pomiędzy przedstawionym światem a czytelnikiem. Ile to właściwie metrów, 40 mężczyzn? Ile minut trwają trzy zaparzenia herbaty? Chodzi o zwykle zalanie liptona, przyrządzenie Yerba Mate, rytualne zaparzenie japońskiej herbaty? Jeśli miary w żaden sposób nie pomagają czytelnikowi umiejscowić akcji w przestrzeni i czasie… po cholerę one komu? Bo to nie jest żaden ukryty smaczek, jeśli – tak jak sam autor zauważył - „określenie, jakoby flotowe mewy “miauczały”, zostało dostrzeżone praktycznie przez wszystkich Czytelników”. Powieść sili się na stylizację jakimś pseudo-achraicznym językiem i równocześnie, okazjonalnie daje odniesienie do współczesności, które wybija ze świata i przypomina o tym, że Admiralette jest napisana przez popularnego blogera – jedna z postaci czyta „świerszczyki” (flota-państwo, wiecznie na morzu, minione wieki, przypominam), potem o tym jakie „ekstra” są „ładne chmurki” (nie przesadzam).

Książka Andrzeja Tucholskiego mogłaby być podawana w słowniku pod hasłem „Grafomania”. Ciężkie, nieznośne opisy, przywodzące na myśl Mniszkównę (w najlepszym wypadku), fabuła pozbawiona jakiegokolwiek rdzenia, z charakterami postaci, które są karykaturalne lub nieistniejące, a kuriozalny świat nie ma prawa istnieć, jeśli zastanowisz się nad nim choćby przez sekundę. Główna bohaterka to kompletna Mary Sue, posiadająca dokładnie taki charakter, jakiego akurat wymaga określona scena. Książka mogłaby jeszcze się bronić, gdyby wszystkie porażki dostarczały odpowiednią ilość rozrywki – coś jak książkowy Birdemic. Ale problem polega na tym, że największym grzechem Admiralette jest potworna, niewyobrażalna i nieznośna nuda. Ale – jeśli planujesz pisać powieść – być może powinieneś przeczytać tę książkę. Może tak unikniesz kilku swoich błędów.

Ogromne podziękowania dla Sorano
za wspólne narzekanie i pomoc przy pisaniu tej recenzji.

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • http://magnolie.blogspot.com/ m_giffin

    Dopiero przy okazji premiery tej książki zauważyłam, jak bardzo Andrzej potrafi się promować – jest o niej naprawdę głośno jak na self publishing. Samej książki nie czytałam, ale osoba, której gustowi bardzo ufam, miała podobne uwagi. No ale chyba jesteście w mniejszości :))

    • http://www.dabudubida.com/ Dada

      Chodzi o mnie, jak rozumiem?^^

      • http://magnolie.blogspot.com/ m_giffin

        Twoich uwag akurat nie znam (wiem tylko, że się nie podobało), chociaż gdybyś je kiedyś wreszcie opisał to pewnie też uwierzyłabym na słowo :d

    • Adam Antolski

      Nie jestem pewien co do tej mniejszości, patrząc teraz na komentarze w różnych serwisach ;)

      • http://magnolie.blogspot.com/ m_giffin

        Hm, ja się naczytałam dużo pozytywów, ale świeżo po premierze – może po prostu im dalej w las tym gorzej ;>

  • Zuzanna Patkowska

    Tucholskiego nie znam, ale może Pani Q „Admiralette” zrecenzuje w Piwnicy…
    Całe szczęście, że ja mojej „Miłości van Hoovena” nie wydałam.

  • http://mojedziwnezapiski.pl/ Marcin Góra

    Najgorzej wydane pieniadze ?

    • Adam Antolski

      Pretty much.

  • Jack

    Jak już wytykasz błędy innym to ja wytknę Tobie, Yerba Mate to nie jest herbata, i nie ma zasadniczo czegoś takiego jak właściwy czas jej parzenia ;]

    • Adam Antolski

      Ok. W takim razie, chciałem przeprosić wszystkich miłośników Yerba Mate.

      Choć, na swoją obronę – nie sądzę, żeby to jakkolwiek zbijało mój argument ;)

  • Paweł Warowny

    Wygląda na to, że zarówno dla Andrzeja jak i książki lepiej by było gdyby zgłosił się z nią do jakiegoś profesjonalnego wydawcy. Może wtedy ktoś by to przeczytał zanim trafi do druku.

  • Basia Michalska

    Mi akurat określenie czasu za pomocą herbaty bardzo się podobało. Ja także zwróciłam na nie uwagę podczas czytania ale zwróciłam właśnie dlatego, że uznałam je za wyjątkowo trafne. Herbata kojarzy się z czymś przyjemnym, a w kontekście tego, że scena rozgrywa się na statkach na środku morza (gdzie jest raczej zimno), tworzy niesamowity klimat. Natomiast rzuciło mi się w oczy słówko „ok” (albo „okey”) rzucone przez jednego z bohaterów. Ono z kolei zadziałało przeciwnie niż herbata i zupełnie wybiło mnie z klimatu.