Agents of SHIELD wreszcie powracają! | UncleMroowa

Agents of SHIELD wreszcie powracają!


Kolejny serial, jaki miałem okazję zobaczyć w tym tygodniu, to oczywiście początek nowego sezonu Agents of SHIELD: telewizyjnego kompana dla znacznie większego filmowego uniwersum Marvela (MCU). Zatem, jak wypadli agenci w nowej odsłonie?

Mała uwaga dla wszystkich, którzy nie oglądają tego tytułu regularnie: Poniższy wpis jest zapisem pierwszych wrażeń po pierwszym odcinku drugiego sezonu Agents of SHIELD. O samym serialu pisywałem już tutaj i tutaj. Czytaj dalej, tylko jeśli nie obawiasz się spoilerów (bo już wszystko widziałeś) albo masz to gdzieś.

Nowy skład.

Nowy skład.

Mam mieszane uczucia do pierwszego sezonu. Zaczyna się bardzo solidnie, a potem postanawia sobie zrobić dużą przerwę. Przyczyną tego jest podstawowa zaleta i podstawowa wada serialu – bycie częścią większego uniwersum. Historia musiała poczekać na zwrot fabularny w drugim Kapitanie Ameryce, inaczej nic nie mogło być popchnięte do przodu. Przez to, czas do premiery filmu został wypełniony generalnie nieistotnymi fillerami. Poza wyjściem Hydry, jest jeszcze kilka tajemnic, które zostały podpowiedziane, ale najprawdopodobniej nie dostaną żadnego satysfakcjonującego wyjaśnienia, dopóki jakiś wysokobudżetowy film się do nich nie odniesie. Agenci, tak jak wszyskie postacie z amerykańskich komiksów głównego nurtu, żyją w świecie zarządzanym przez komitet. W przeciwieństwie do swoich papierowych przyjaciół, ogranicza ich budżet i daty premier.

:C

:C

Ostatnim razem widzieliśmy Agentów, kiedy Agent Coulson został szefem SHIELD, teraz działającej w konspiracji. Nick Fury wyrusza gdzieś w diabli, cholera wie gdzie i nie ma po nim śladu. Agencja nadal musi się ukrywać, gdyż oficjalnie (i faktycznie) są wciąż uważni za organizacją przestępczą. Zespół znajduje się teraz w drastycznie innej sytuacji niż na początku poprzedniego sezonu. Agent Ward okazał się zdrajcą i teraz jest przetrzymywany gdzieś w piwnicy, gdzie wyrosła mu całkiem imponująca broda. Swoje tajne, neonazistowskie informacje przekazuje tylko i wyłącznie Skye, do której wciąż musi żywić jakieś uczucia. Kiedy patrzy się na nią w ten sposób, kiedy pierwsze słowa do agentki to wyznanie o niedoszłym samobójstwie – w Wardzie jest coś z psychotycznego, byłego chłopaka. Jestem pod wrażeniem naprawdę dobrego aktorstwa po stronie Daltona – wygląda na to, że drętwota z pierwszego sezonu była kompletnie intencjonalna. To nie on był drętwym aktorem – postać próbowała kogoś odgrywać przed całą resztą zespołu.

Sam Coulson pełni teraz znacznie mniej aktywną rolę, głównie siedząc za biurkiem i dowodząc innymi. Ale najbardziej, na wydarzeniach poprzedniego sezonu ucierpiała relacja Fitz-Simmons. Na początku odcinka jest nam pokazane, że  znajomość tej parki przezabawnych naukowców ma się całkiem nieźle, dopóki nie następuje dość dramatyczny zwrot fabularny. Jeśli wierzyć reputacji Whedona, jak tylko zacznie Ci być z tym naprawdę źle- czeka ich jeszcze mroczniejszy los. Ale sam zwrot został mistrzowsko przeprowadzony: Nie będziesz zdawać sobie sprawy z nadciągającej rewelacji… ale w momencie, kiedy już wszystko będzie jasne – zauważysz kilka naprawdę subtelnych podpowiedzi z wcześniej.

Pojawili się nowi agenci, a wśród nich… Xena we własnej osobie. Nie, nie właściwa wojownicza księżniczka, tylko aktorka – Lucy Lawless. Wszyscy z nich wypadają nieźle, ale nie spędziliśmy z nimi wystarczająco czasu, żebym się nie gubił w ich imionach. Ba, życie niektórych z nich, wliczając Xenę, wydaje się niepewne. Nie mogę zmusić się do tego, żeby mnie to jakkolwiek obchodziło. Szczególnie, że wydaje mi się wręcz niemożliwe, żeby Whedon, mistrz emocjonalnego wybijania swoich własnych bohaterów, chciał się ich pozbyć już teraz. Jeśli w tym momencie zginą, to będzie jak śmierć czerwonej koszuli ze Star Treka – kompletnie bezsensowna i pozbawiona emocjonalnej wagi śmierć – tylko po to, żeby ktoś umarł (a nikt ze stałej ekipy akurat nie może).

Talbot zaczyna odgrywać coraz większą rolę w serialu. I dobrze.

Talbot zaczyna odgrywać coraz większą rolę w serialu. I dobrze.

Dużo w tym odcinku się działo. Na początku, dostaliśmy małą zapowiedź solowych przygód Agentki Carter, która wkrótce dostanie swój własny serial. Z łatwością, to była najlepsza cześć odcinka i czekam z niecierpliwością na jej solową serię. Pokazano nowego przeciwnika – The Absorbing Man. Muszę też przyznać, że efekty użyte do stworzenia tej postaci są najlepsze w całej serii. I wygląda na to, że Agents of SHIELD coraz częściej sięga po komiksowych trzecioligowców; postacie, które w inny sposób nigdy nie miałyby możliwości pojawienia się w MCU. To dobrze. Pokazano nam tajemniczą mapę czy wykres, namalowaną przez Coulsona na samym końcu poprzedniego sezonu, ale bez żadnego obszerniejszego wyjaśnienia – prawdopodobnie nie dostaniemy go jeszcze przez dłuższą chwilę. Dostajemy też dużo więcej generała Talbota, który zaczyna grac zarówno rolę zagrożenia, jak i komedianta. Jest maksymalnie, komiksowo przerysowany, co chwile pokrzykuje jakiś nonsens – trochę taki własny J. Jonah Jemeson wewnątrz MCU.

Pierwszy odcinek był generalnie bardzo powściągliwy i powstrzymywał się przed adresowaniem wielu zagadek i niewyjaśnionych pytań z wcześniej. Prawdę mówiąc, ciężko mi wymienić choćby jedną naprawdę interesującą kwestię czy scenę – wszystko wygląda tak, jakby… już było. Nie mogę się doczekać większego udziału The Absorbing Man i cieszy mnie, że historia Coulsona jest analogiczna do historii komiksowego Nicka Fury’ego. Ale gdybym miał zacząć oglądać serial od tego konkretnego odcinka, prawdopodobnie by mnie nie porwało.

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • Zuzanna Patkowska

    A ja znów pierwsza XD.
    Tak jak w przypadku pierwszego sezonu, raczej nie będę oglądać AoS premierowo, tylko poczekam aż Fox mi ich puści po polsku. Za to o wiele bardziej zapatruję się na Agentkę Carter (zwłaszcza, że mam nadzieję zobaczyć jeszcze Dominika Coopera i serial zaspokoi mój deficyt Taty Starka z drugiego Kapitana Ameryki.)
    To, że Talbot się pojawia w Agentach TARCZY to nawet fajnie, ale nie wiem, czy taka wizja jego postaci jest całkiem zgodna z jej duchem w innych inkarnacjach. (Chyba, że to nie jest ten Talbot od Hulka, bujający się w Betty Ross, no to wtedy okay.)

    • Adam Antolski

      I ja jestem Ci bardzo wdzięczny za to, że kiedy zerkam na komentarze do wpisu, przy którym się nie spodziewam odzewu – widzę Twoje zdanie :)

      Tak, to jest ten Talbot, ale wiesz – to nie jest tak, że wszystkie postacie w MCU są wierne swoim komiksowym pierwowzorom. To zupełnie inna postać i odkąd odgrywa pierwsze skrzypce w Agents of SHIELD a nie Hulku – całkiem podoba mi się ta wersja.

      Carter jest badass <3

      • Zuzanna Patkowska

        Aww, jak miło…
        Ja wiem, ja wiem *przypomina sobie, czego dowiedziała się z wiki o komiksowym Yondu Udoncie*. Ciekawe, jak to się rozwinie.
        No, jest.

  • Mistrz Seller

    Karasie jedzo gunwo xD