Co się stało z Człowiekiem ze Stali? | UncleMroowa

Co się stało z Człowiekiem ze Stali?


Superman jest jednym z najważniejszych superbohaterów kiedykolwiek stworzonych… w komiksach. W świecie filmu cieszy się znacznie mniejszym szacunkiem i wpływami. Dzieło Zacka Snydera miało to wreszcie zmienić. Oczywiście, nie zmieniło.

Pamiętam, że miałem całkiem duże nadzieje związane z tym filmem. Nie jestem wielkim fanem Supermana, ale względnie regularnie czytam jego przygody i nie raz, nie dwa zdarzyło mi się zawiesić oko na jakimś tytule. Jak zwykle, ubóstwiam wszystko, co Grant Morrison zrobił z tą postacią. Szanuję Nadczłowieka Jutra za jego przeszłość, wpływ na rynek i to czym sobą stanowi. I tak, szkoda mi go było przez to, co właściwie się z nim stało.

750675

Superman jest zlepkiem kilku mitologicznych motywów

Wszyscy znamy tę historię, prawda? Planeta Krypton ma eksplodować, naukowiec Jor-L wysyła na ziemię swojego pierworodnego syna. Kapsuła z noworodkiem ląduje na małej farmie w Kansas i tam zostaje znaleziona przez parę staruszków. Po chwili wahania, postanawiają wychować dzieciaka. Ten wyrasta na Supermana, ukrywającego się pod nazwiskiem Clark Kent. Film nie zakłóca tego podstawowego zarysu. Rolę przeciwnika wypełnia Generał Zod, grany przez Michaela Shanona, który swoją kiczowatą przesadą przejmował niemal każdą scenę, w której wystąpił. Koniec końców, udaje się nie odbiec od najbardziej podstawowych rzeczy z kanonu.

Z jakiegoś powodu, filmowy Superman miał dość duże problemy w przeciągu ostatnich kilku lat. Po dwóch pierwszych filmach Richarda Donnera, jakość nagle spadła kompletnie na łeb. Superman III nie był zupełnie do niczego, ale Superman IV sprawił, że ten symbol niemal kompletnie zniknął z egzystencji (pod wieloma względami, był bardziej szkodliwy dla gatunku niż Batman & Robin wiele lat później). Z czasem, nawet w komiksach, inni zaczęli przejmować pochodnię. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły nam cztery kinowe Batmany, ale ani jednego Supermana. Przyszłość zaczynała wyglądać odrobinę bardziej kolorowo kiedy zapowiedziano dwa filmy mające przywrócić dwie najbardziej ikoniczne postacie DC do łask – Batman Begins i Superman Returns.

superman_returns_423200534956pm531

Jestem Christopherem Reeve’m, jeśli mocno przymrużysz oczy

Superman Returns był najdroższym filmem o Supermanie do tej pory (tak, nawet droższy niż Człowiek ze Stali). Jest to film, w którym Nadczłowiek Jutra ani razu nie uderza nikogo z pięści, a kulminacyjna walka odbywała się pomiędzy nim, a gigantycznym kamieniem z kryptonitu. Opowieść o fruwającym Samsonie, który nic nie robi poza lewitowaniem przed oknem Lois Lane i mówieniem przesadnie smętnych banałów samemu do siebie. Ponadto film bezczelnie kradł całe segmenty, kwestie i dialogi z pierwszego Supermana Donnera. Brian Singer naprawdę nisko upadł od czasów całkiem udanych X-menów (ale trzymam kciuki za Days of Future Past).

Człowiek ze stali  (podaje tytuł, nie przydomek postaci) został skonstruowany zupełnie od początku – żeby całkowicie zaprzeczyć porażce poprzedniego filmu. To miał być Superman dla nowej generacji. Tak nam mówiono, przynajmniej. To już nie jest Sups Twojego staruszka. Ten jest nowy i hip.

Superman nie tyle nie był już cool (niektórzy mogliby argumentować, że tak naprawdę nigdy nie był), co przestał być jakkolwiek istotny. W sprzedaży zeszytów od dawna nie zajmował pierwszego miejsca, a przez dłuższy czas nikt nie traktował go na poważnie (tych dowcipów o czerwonych majtkach było tyle, że w końcu DC naprawdę się ich pozbyło).  Kondycja Supermana stała się naprawdę dramatyczna. Samo WB nie było na poważnie zainteresowane ponownym ekranizowaniem jego przygód, aż Avengers nie zmiotło kompletnie wszystkich rekordów sprzedaży, co wymusiło na wielkim studiu myślenie o podobnych pieniądzach. Koniec końców, bardzo mało serca włożono w produkcję tego filmu.

Koniec końców, bardzo mało serca włożono w produkcję tego filmu

Niemal wszystko wydaje się syntetyczne i obliczone. Do produkcji zatrudniono Chrisa Nolana, zaś scenariusz pisał David S. Goyer.  Jak do tej pory, Warner Bros potrafiło robić filmy tylko z  jednym superbohaterem – Batmanem. Obydwaj panowie byli odpowiedzialni za sukces trylogii Mrocznego Rycerza. Reżyserski stołek zajął Zack Snyder- jeśli o niego chodzi: im mniejszą ma kontrolę nad filmem, tym lepiej dla wszystkich. Pomimo dość oczywistych wad tego zespołu, wciąż wydawali się to być ludzie kompetentni. Jeśli miałbyś wybierać kogokolwiek z dostępnych dla WB reżyserów i scenarzystów – do nich właśnie należałoby się zwrócić.

MOS-0001RV_20110804154335-e1312472926325

Ten fotos zapowiadał mi bardziej tradycyjnego, wręcz retro Supermana. Nie dostałem go, oczywiście.

Ale z drugiej strony – jest trochę tak, jakby żaden z nich nie chciał tutaj być. Batmany Nolana miały dawać wrażenie rzeczywistego świata, to był ich cały gimmick – coś, co jest absolutnie niemożliwe, kiedy mówimy przy kimś takim jak Superman. Bo ani sam główny bohater, ani ktokolwiek z jego przeciwników nie jest postacią realistyczną. Nie ma ludzkiej psychologii, bo nie jest nawet człowiekiem. I niestety, w praniu okazało się jak nieudolnym i niekompetentnym scenarzystą jest tak naprawdę David S. Goyer. Teraz już wiem jako fakt, że wszystko co było słabe w Batman Begins i Dark Knight Rises to jego wina. Niemal te same błędy, te same sztuczki, ten sam szmelc. Superman jest nazwany po imieniu w tym filmie tylko raz. Jakby to imię było szczególnie wstydliwe.

Ten film nie został wyreżyserowany przez Nolana. Ale jego konsultacja musiała mieć zdanie decydujące w wielu kwestiach, gdyż znamiona jego udziału w projekcie są widoczne na każdym kroku. Jest nawet sygnaturowe, nolanowe deus ex machina w postaci jakiejś dziwacznej czaszki o nazwie codex. W niemal każdym jego filmie jest ta magiczna maszynka, której istnienie jest wysoce nieprawdopodobne, a sposób działania kompletnie niewyjaśnialny. Z tym, że tutaj ta właściwość przerzuca się także na bohaterów i inne obiekty (nie chcecie, żebym zaczął mówić o Phantom Zone).

Film podąża wedle listy – potrzebujemy Daily Planet, potrzebujemy miłości z Lois Lane, zero Kryptonitu, potrzebujemy Kentów, etc.

Pamiętajcie wywalić wszystkie ckliwe pierdoły, które zniszczyły Superman Retuns.

Superman ma tym razem cały czas walić kogoś z pięści. Bohater musi być cool, żeby dzisiejsze dzieciaki go kupiły. No, i sprawcie, żeby był bardziej jak Batman… bo to jedyne, co nam wychodzi.

Ten film bardzo poważnie traktuje chrześcijański podtekst Supermana.  Problem w tym, że sposób w jaki ten motyw jest wykorzystany wskazuje na to, że reżyser nie wie jak ten konkretny podtekst działał przez lata w komiksach… ani nie rozumie samej historii Jezusa. I to nie jest tak, że DC comics bawi się w jakąkolwiek teologię czy jawnie promuje jakąś grupę wyznaniową. To powinno być dosyć jasne. Analogia kryje się w samej kreacji postaci i w tym, jak inni bohaterowie reagują na jej obecność. To bardzo delikatne. Jestem przekonany, że istnieje setki tysięcy regularnych czytelników komiksu, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z pewnych niuansów.

Historia Supermana jest w równym stopniu historią Jezusa, jak i opowieścią o Mojżeszu. Nieważne czy Ci się to podoba czy nie- te postacie biblijne, obok Samsona i (oczywiście) Heraklesa, były mitologicznymi składnikami bazowymi, z których ulepiono Supermana. Tak jak Mojżesz, Kal-L został porzucony w koszyku, żeby uratować swój nowy, przybrany lud. Tak jak Chrystus, Superman przechodzi bardzo mało wewnętrznej drogi-  bo nie liczy się to jakie są jego własne przeżycia, ale jak wpływa na życie wszystkich dookoła.  To tyle, jeśli chodzi o motyw biblijny.  Można by było na siłę doszukiwać się zmartwychwstania w historiach po śmierci z rąk Doomsdaya,  gdyby tamto wskrzeszenie nie było zwykłym zabiegiem marketingowym mającym za cel wzbudzenia ponownego zainteresowania postacią.

Subtelność przede wszystkim.

Subtelność przede wszystkim.

Człowiek ze Stali nie zachował wiele z tej subtelności. W filmie występuje ta, dość kuriozalna scena, w której Superman szuka pomocy w kościele – i praktycznie odkrywa, że sam jest Mesjaszem. To parodia tego motywu, próba wciśnięcia go widzowi prosto w gardło. Ponadto, Superman ma za nic sobie życie ludzkie, bo podczas walki z generałem Zodem, swawolnie niszczy sobie budynki pełne ludzi, jak gdyby były to puste kartony. Siła zniszczenia walki obydwu Panów może konkurować jedynie z wypadem Godzilli na miasto. Także, sam koncept “drogi” w stawaniu się Supermanem to raczej nietrafiony pomysł. Superman zawsze był bardzo pozytywną interpretacją konceptu nadczłowieka – zawsze był prawie pod każdym względem od Ciebie lepszy – nie tylko fizycznie, co oczywiste – ale i moralnie, intelektualnie, czy emocjonalnie. Superman powinien być bardziej litościwy i współczujący niż jakikolwiek człowiek. Powinien być bardziej wyrozumiały, posiadać nieziemski zmysł empatii. Superman powinien być zbiorem najlepszych ludzkich cech spotęgowanych do kwadratu. Cała dynamika tej postaci, na bardziej symbolicznym poziomie to odpowiednie reagowanie na tego Chrystusa z majtkami na wierzchu. Czy odrzucisz go i staniesz po stronie ludzkich wad jak Lex Luthor? Czy może będziesz go podziwiać, i starać się naśladować w codziennym życiu, jak ekipa Daily Planet?

Ale w tych kilku momentach, kiedy Człowiek ze stali jest dobry… jest naprawdę dobry. Sceny akcji są ekscytujące i szybkie, nawet pomimo tego, że możesz dożyć późnej starości podczas oglądania. Konwencja zgrzyta – Batman to jedyny Superbohater, którego możesz pokazać w miarę realistycznie i „mrocznie” w ten sposób, tak jak zrobił to Nolan. I Sups jest postacią z kompletnie innego gatunku literackiego – dosłownie. Film jest, zaskakująco, pozbawiony takiej szczerej i niewinnej frajdy, z której stał się tak znaną i kochaną postacią. Rozumiem, że to ma być bardziej dorosła historia, korzystający z tylko określonych aspektów postaci. I to nie tak, że ten obraz jest niezgodny z komiksami – czy coś w tym guście. Przez niemal całe lata dziewięćdziesiąte musieliśmy sobie radzić z podobną wersją postaci.

600full-superman-photo

Pomimo tego, że ten strój był raczej okropny, Superman Christophera Reeve’a wciąż wygląda najbardziej naturalnie

Pierwszy Superman Richarda Donnera wydaje się dzisiaj być czymś raczej przestarzałym. Efekty specjalne są… ta, odrobinę pocieszne. Ale na swoje czasy, ten film dosłownie wysadzał mózgi. Slogan reklamowy brzmiał “uwierzysz, że człowiek może latać”. I wielu ludzi naprawdę mogło wtedy w to uwierzyć. Wiele z tego wynikało z charyzmy głównego aktora, Christophera Reeve’a, który umiał doskonale uchwycić zarówno heroizm Supermana, jak i ciamajdowatość Clarka Kenta tak dobrze, że obydwie role naprawdę wyglądają jak dwie, kompletnie różne postacie. Romans z Lois Lane jest świetnie zagrany, a Lex Luthor wpisuje się w taki sam schemat złoczyńcy, jakich napotykał James Bond. Na swoje czasy, był to wyśmienity film i wciąż trzyma się naprawdę nieźle. Patrząc na niego dzisiaj, trzeba pamiętać o tym, że to pierwszy film tego typu. Minie jeszcze dwadzieścia lat zanim Tim Burton wypuści do kin swojego Batmana i trzydzieści lat do pierwszych X-Menów. To, co dziś wydaje się kliszą – wtedy jeszcze było świeże i nowe. De facto, wiele nowych filmów wciąż zapożycza wątki i sceny.

Film Snydera nie należy niestety nawet do tej samej ligi. To bardzo drastyczna przeróbka postaci, ale brak jej potęgi wielkich poprzedników i nie sądzę żeby wywarła taki sam wpływ na rynek. Najgorsze jest to, że film sam nie wie jakiego Supermana właściwie by chciał. Przez cały film dostajemy ogromną ogromną ilość przeróżnych cytatów o wielkości, o inspiracji, o tym jaki Superman powinien być ważny – a równocześnie, postać którą widzimy na ekranie jest nieodpowiedzialnym, nieobliczalnym, amoralnym hipokrytą – który za nic ma sobie życie ludzkie jakie poświęca. Papa Kent zaleca Clarkowi Tchórzostwo.

I nawet sposób w jaki prezentowane są sceny walki – cieszę się, że jakiemuś filmowi akcji wreszcie udało się odejść od estetyki obranej w Transformers i pokazać zrujnowane i niszczone miasto nieco inaczej. Niestety, czuje się odrobinę dziwne, że Superman – człowiek, który zawsze przejmuje się zniszczeniami i ludzkim życiem… decyduje się na walkę w środku miasta. Ba, jest nawet scena, kiedy sam przyciąga Zoda na jakiś gęsto zaludniony teren. W rezultacie, w pewnym momencie filmu okolica wygląda tak, jakby właśnie nadszedł dzień sądu z Terminatora.

Film nie jest całkiem, doszczętnie zły – ale jego wady są tak potężne jak sam Człowiek ze Stali. To zależy od Twojego gustu na ile będzie Ci się podobać i słyszałem wiele opinii, że spora ilość ludzi preferuje takiego Supermana. To trochę zabawne. Zdawało mi się, że wyrośliśmy już z lat dziewięćdziesiątych, kiedy każdy Superbohater licytował się w tym, kto będzie bardziej ekstremalny na krawędzi.

Na sam koniec, chciałbym polecić filmik Ichaboda, który miał nawet surowsze zdanie na temat tego filmu. Możecie go zobaczyć, klikając na to zdanie. 

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • Zuzanna Patkowska

    Dobrze widzieć spojrzenie na ten film ze strony fana komiksu, bo oni mają zawsze wiele do powiedzenia na temat Supermana, posiłkując się jego bogatą historią. I ty też zwróciłeś uwagę na parę istotnych elementów.
    Ja sama nie uważam się za fankę Supermana, ale ostatnimi czasy jakoś tak jestem pełna ciepłych uczuć do niego (nawet zdarzyło mi się bronić go przed znajomym, który na podstawie „Dark Knight Returns” postanowił zjechać Człowieka ze Stali po całości jako postać). A im więcej się o nim dowiaduję przy okazji różnych dyskusji, tym lepiej go rozumiem. A choć noszę się z obczajeniem filmów Donnera, wciąż jest mi jakoś nie po drodze.
    Co do symboliki Jezusa – dopiero niedawno zauważyłam, że ona jest, jednak nie przeszkadza mi ona jakoś szczególnie (a muszę nadmienić, że jestem osobą wierzącą). Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to fakt, że Superman jest połączeniem wielu różnych mitycznych bohaterów, ma jak najbardziej sens. Sam zauważyłeś, że Sups zawiera w sobie wszystkie najlepsze cechy ludzkości. Poza tym pamiętajmy, że jest pierwszym superbohaterem ever. Z naciskiem na „super”, gdyż jest z jednej strony silny jak Herkules/Samson, ale posiada pokorę i współczucie Chrystusa (jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało). Jest więc kimś, kto posiada nadludzką moc, aby przeciwstawić się złu, ale jednocześnie nie trzeba się martwić, że nagle nie zwariuje i nie zacznie rządzić żelazną ręką, aby ci grzeszni śmiertelnicy nauczyli się wreszcie zachowywać.
    Niestety, współczesny świat widzi w nim tylko Mary Sue (czy też raczej – Gary’ego Stu), nie mówiąc już o tym, że już od jakiegoś czasu postaci praworządne dobre generalnie nie są uważane za ciekawe ani nawet pokrzepiające (biedny Kapitan Ameryka…). Po części to wina epoki i psychiki ludzkiej, po części pisarzy, że postaci takie wychodzą im często jakoś tak miałko i pompatycznie. Tak więc postać praworządna dobra jest z jednej strony Gary’m Stu, z drugiej – gościem bez własnej woli i mózgu, oceniającym wszystkich według jednej miary. Myślę więc, że powód, dla którego Superman ma tak bardzo przerąbane z filmowymi adaptacjami, leży również tutaj.

    • Adam Antolski

      Polecam Ci All-Star Superman, jeśli jeszcze nie miałaś okazji przeczytać. To jest Superman, którego chciałbym zobaczyć na wielkim ekranie. Motyw mesjanistyczny jest w komiksach stary i jest czymś naprawdę fajnym. To jeden z elementów, które wyróżniają Supsa spośród wszystkich, którzy przybyli potem – Superman jest bohaterem dla bohaterów. Problem z tym motywem w tym konkretnym przypadku (Człowiek ze Stali) jest taki, że jest wciskany widzowi do gardła bez najmniejszej subtelności.
      Myślę raczej, że problem leży w tym, że filmowcy na siłę starają się uczynić Supermana kimś, z kim widz mógłby się utożsamiać, co – moim zdaniem- jest kompletnie niemożliwe.

      Jeśli uda Ci się dostać, polecam również „It’s a Bird” Stevena T. Seagle, który jest naprawdę genialną lekturą i porusza wszystkie problemy w postrzeganiu Supsa przez współczesnych widzów i czytelników.

      Dziękuję za tak obszerny komentarz :)

  • Jarosław Wysocki

    Luthor, Zod (i reszta złoli jakoś dziwnie zakochanych w naszym bohaterze) – oni wszyscy są potrzebni po to żeby nasz czerwony gatek miał powód do użycia pięści, więc – co za tym idzie – był choć trochę bardziej interesujący niż Kapitan Ameryka, któremu wolno strzelać tylko do nazistów i niszczycieli wszechświata, co zmienia wszystko w czarnobiały western. Tak, to jest problem praworządnie dobrych postaci, które tak z nami kontrastują że wydają się cały czas żyć na innej planecie, nawet jeśli niby się „tutaj” wychowały (ale Clark i tak wychował się w izolacji pod okiem dobrotliwiutkich staruszków). Stąd filmowe próby pogłębiania go na siłę i dorabiania jakiegoś mroku czy dwuznaczności do zarówno biologicznej jak i przybranej rodziny Supermana (poza jego prawdziwym ojcem – on jest jak Bóg).

    Problem leży w tym że relacje z Zodem i Luthorem nie musiałyby być tak spłaszczone by atakowali właściwie bez powodu, a bohater taki prymitywny by bać się bohaterstwa (dziwne zachowania jego ojca nie uzasadniają tego). Jak ktoś jest równocześnie dziennikarzem i nadczłowiekiem, to może bardzo skutecznie interweniować i wrecz bać się nadmiaru własnej władzy. Tym powinien być Zod dla Supermana – kimś kto pokazuje co się dzieje kiedy ktoś zdobywa wielką moc i daje się jej pochłonąć bez reszty, jakby złym alter ego. Clark Kent ze swoją wiedzą i możliwościami już i tak ma niepokojąco wielki wpływ na losy świata, niezależnie od tego jaki ma charakter. Zod powinien ulegać pokusom, poświecać jawnie życie i dobro swoich współpracowników, porzucać swoje, rzekomo wszczepione głęboko od maleńkości ideały, by być dla niego przestrogą – co sie stanie gdy na skutek pewności siebie i braku odpowiedzialności przestanie cenić podstawowe wolności i swobody jednostki, tracąc stopniowo i szczęśćie, i możliwość zapewnienia go innym.

    Nie wiem, moze za dużo byłoby w tym Szekspira, moze Supermanem być znaczy być postacią jednowymiarową i nieskomplikowaną, ale w takim razie niech nie dają nam jako przeciwnika kogoś porównywalnego z Supermanem, kogoś z Kryptonu, a tylko Lexa Luthora i jego ferajnę, którzy w każdej wersji dają się uprymitywnić do standardowych evil geniusów (polewam z tego jak w Tajemnicach Smallville dawali mu tyle presji życiowej i powodów do stresu żeby DOSŁOWNIE w każdej chwili móc zrobić z niego przeciwnika nr 1, choć z drugiej strony – wiadomo że to zupełnie inna wersja tego universum i jakby bardziej marvellowska konwencja, więc moze oczekiwanie nagłej psychologiczno-fizycznej konfrontacji ma sens, w każdym razie – po co się oszukiwać, każdy Amerykanin lubi jak zły bogacz dostanie za swoje egoizmy).

    Więc po ten Zod? Nie mieli pomysłu na aktora do roli Luthora, więc wzieli zawodowego odgrywacza apodyktycznych bossów? Chcieli zrobić back story Jor-La i Kryptonian, i nie starczyło kasy na Lexa, więc dorzucili parę tysiaków do gaży brygady Zoda, żeby dręczyli Supermana aż do finału? Generał robi tam chyba za tępego i nadętego bydlaka, którego trzeba zabić bo pojawia sie ciągle w złym miejscu i czasie, a nie dlatego że jest naprawdę szatańsko zły i korumpuje głownego bohatera (przyłącz sie do nas to zaoramy Twoją planetę – kurde, idealna, zmotywowana i zrównoważona propozycja, takiej psychologii Ciemnej Strony Mocy oczekuję w Dragon Ballu, a nie w filmie z żywymi aktorami). Zod nie jest naprawdę tragiczną postacią – bo uparcietrzyma się nietrafionych ideałów, zamiast zmądrzeć w obliczu totalnej klęski. Jego klątwą jest agresja i głupota większa niż u tureckiego janczara albo samuraja, u niego nie widać nawet żalu po tym że coś stracił. To nie jest coś co bierze się z wad które go pożarły, albo z szaleństwa, to po prostu taki trep do potęgi, pewnie myśli coś w stylu „straciłem swój gatunek i planetę, ale spoko – mam jeszcze piąchy i lasera w gałach”. Znowu, żeby przywołać Dragon Balla – to już Vegeta (mimo całej płąskosci i niewiarygodności) był głębszą postacią, bo był właściwym antybohaterem dla dobrego kontrastu, a Zod to tylko gadatliwy łepek bez jakichkoliwek emocji i woli przetrwania (właściwie bez powodu do życia) któremu można sprezentować tylko fatality, taki mocniejszy ork, jak ten co zabił Boromira w filmie WP.

    Ale ponarzekałem :) Generalnie to nie jestem zwolennikiem koncentrowania uwagi na Supermanie kosztem jego przeciwników, ale tutaj – kiedy celem filmu jest zrobienie byle gdzie „ringu” dla dwóch nadludzi – chyba nie było wyjścia.

    PS Herakles i Samson oczywiście pasują, ale na pewno nie z powodu siły – raczej twardego charakteru, niezależności
    improwizacji i zaradności w nietypowych sytuacji i fatalnego związku.
    Trudno powiedzieć, ale nie byli chyba najsliniejszymi z herosów (najsilniejsi z reguły byli mało znani, bo ich jedynym atutem były rozmiary – vide Orion, albo Bran Błogosławiony)