Guy Gardner – Najciekawszy z Zielonych Latarni | UncleMroowa

Guy Gardner – Najciekawszy z Zielonych Latarni


Czasami najciekawsze postacie powstają przypadkiem. Guy Gardner jest jednym z niewielu bohaterów DC, który pomimo rebootu całego uniwersum, zachował całą swoją historię i złożoność.

Wow, notka z przypisami! Nie przejmujcie się tym, nie próbuję się bawić w żaden blog naukowy o Superbohaterach. Po prostu, w tekście odnoszę się do kilku mniej znanych komiksów, i jeśli ktoś z Was zechciałby któryś z nich znaleźć i przeczytać, przypisy nie rozbijają ciągłości dla każdego, kogo to nie obchodzi. Zostaliście ostrzeżeni!  

Szmaragdowy świt

Guy Gardner, w swoim pierwszym numerze.

Guy Gardner, w swoim pierwszym numerze.

Zielone Latarnie to fascynujący zespół. Sami z siebie stanowią unikalną grupę superbohaterów, bo technicznie rzecz ujmując, nawet nim nie są – to kosmiczna policja złożona z istot zamieszkujących każdy zakamarek kosmosu. Ludzie i inne istoty operujące w tej organizacji należą również do innych grup, które pomagają im w rozwiązywaniu problemów na ich rodzinnej planecie.

Nie zawsze tak było. Kiedy Martin Nodell i Bill Finger po raz pierwszy przedstawili postać znaną pod tym imieniem, był to Alan Scott, ubrany w najbardziej kuriozalny kostium na jaki tylko obaj Panowie mogli wpaść. Ta postać bardzo silnie zaznaczyła swoją obecność w uniwersum DC, ale jej seria szybko traciła na popularności. W pewnym momencie było tak zawstydzająco źle, że Streak – pomocniczy pies superbohatera – zaczął pojawiać się coraz bardziej prominentnie na okładkach czasopisma i w końcu przejął tytuł całkowicie, czyniąc swojego Pana kompletnie nieistotnym. Sytuacja uległa zmianie, kiedy dziesięć lat później Julius Shwartz przedstawił światu reboot całego konceptu – pilota testowego Hala Jordana. On zyskał swój pierścień, tym razem oparty na science-fiction lat pięćdziesiątych, od umierającego, fioletowego kosmity. Abin Sur, bo takie imię nosił ten przybysz, przekazał mu historię kosmicznych glin i wkrótce zaczęła się przygoda. Pierścień Hala dał mu unikalne możliwości – za jego pomocą może tworzyć cokolwiek tylko sobie wyobrazi (także, na początku umiał przenikać przez ściany, ale teraz ta umiejętność została raczej zapomniana). Hal był idealnym produktem swojej epoki. Powstał w okresie znanym jako „Srebrna era” (Silver Age) komiksu amerykańskiego – jedną z jego podstawowych charakterystyk było bardziej dziecinne podejście, mocno ocenzurowane przez instytucję znaną jako Comics Code Authority. Wtedy, nie można było przedstawiać bardziej powszechnych problemów – kod zabraniał rysowania broni palnej, przestępców, ludzi wyjętych spod prawa (Batman został deputowanym, przykładowo). W tamtych czasach królowali kosmici i szaleni naukowcy. Zielone Latarnie dość dobrze komponowały się z ówczesnym optymizmem, podbudowanym przez pierwsze kroki na drodze ku eksploracji kosmosu.

 

Pierwsze dwie Zielone Latarnie na jednym obrazku! Po prawej Alan Scott, po lewej Hal Jordan.

Pierwsze dwie Zielone Latarnie na jednym obrazku! Po prawej Alan Scott, po lewej Hal Jordan.

Jednym z głównych problemów był sam główny bohater. Hal Jordan dawnych lat nie miał praktycznie żadnego charakteru. Był czymś w rodzaju bohaterów Johna Wayne’a – twardy, ale nie skorumpowany. Szorstki, ale rycerski. Niby rebeliant, ale poddany autorytetom. Nawet prywatnie, Jordan był wtedy banałem: Powtórzono cały trójkącik miłosny Clark Kent-Lois Lane-Superman, gdzie to Caroll Ferris żywiła bardzo ogniste uczucia do Zielonej Latarni… ale bardzo małe do człowieka kryjącego się pod maską.

W końcu postanowiono wprowadzić jakiś konflikt. Tak narodził się Guy Gardner. Drugi kandydat na pierścień Zielonej Latarni – teoretycznie pierwszy. Widzicie, nowi posiadacze zielonego pierścienia nie są wybierani przypadkowo – tylko Ci, którzy potrafią przełamać ogromny strach mogą go posiąść. W przypadku, kiedy na jednej planecie żyje dwójka potencjalnych kandydatów o takich samych umiejętnościach i odwadze, pierścień wybiera tego, który znajduje się najbliżej.  Nie mogłem znaleźć dokładnych źródeł na temat tego, jakie właściwie były intencje stojące za powstaniem Guya. Ale w sumie, można się tego łatwo domyśleć – przyszedł zrujnować Halowi życie. I Hal miał się temu oprzeć. Guy to jedna z tych postaci, która powstała tylko w jednym i konkretnym celu, a o niej nikt nie miał słyszeć ponownie… ale, jak się później okazało – zaczęła żyć swoim własnym życiem. Jego początki są wyjątkowo słodkie: Podczas nieobecności Hala, to on przejmuje obowiązki Zielonej Latarni. Jest lubiany i nawet dostaje ogromne wsparcie od Green Arrow, który wcześniej miał długą ideologiczną przepychankę z Halem. Guy poznaje dziewczynę swoich snów – Kari Limbo, Romkę o drobnych psychicznych supermocach,  pozwalających jej przewidywać przyszłość. Wszystko wydaje się układać perfekcyjnie.

 One Angry Guy

 jla new beginning tb-009Mój pierwszy kontakt z Guyem to jego występ w pierwszym numerze serii Justice League* Keitha Giffena, gdzie był jednym z podstawowych członków grupy. Komiks zaczyna się od  pełnostronicowego panelu. Po otwarciu tomiku, widzimy Guya siedzącego samotnie z nogami na stole w pokoju konferencyjnym Ligi. Jego wygląd zmienił się znacznie. Teraz, Guy był ubrany z zieloną ramoneskę przedstawiającą emblem Zielonych Latarni na klapie, jego włosy nie były już tak równo przystrzyżone – Teraz na jego głowie pojawił się dorodny „grzyb”,  jakby wyjęty spod miski. Choć nie wiedziałem tego wtedy, ta postać już przeszła daleką drogę pełną przeróżnych mąk. „Panie i Panowie, mam na imię Guy Gardner. Jestem Zieloną Latarnią” – witały nas myśli bohatera. „Poprawka – *jedynym* Zielonym Latarnią. Zastanawiacie się pewnie – czemu Was wezwałem? Otóż, ogłaszam się jedynym prawowitym przywódcą Ligi Sprawiedliwości. Jakieś obiekcje? Tak sądziłem” – głosiły następne zdania. Guy w tym zeszycie jest głośny i arogancki. Atakuje praktycznie każdego, w najbardziej chamski, machismo sposób jaki tylko był możliwy. Tak było, dopóki Batman  nie pojawił się na scenie, żeby zaserwować Guyowi potężny prawy prosty, który nokautuje kosmicznego policjanta jednym uderzeniem (ta scena, będzie przez lata pamiętana jako „One Punch„). Nasz bohater budzi się kilka numerów później i nie może znaleźć swojego pierścienia. Szukając pod biurkiem, sam siebie ponownie nokautuje. Kiedy wstaje, jest całkowicie pozbawiony swojego charakteru int_jli_punch- przypominając bardziej nader uprzejmego dziesięciolatka. W JLI, Guy pełnił rolę komediową. Comic Relief. Nie lubiłem go. Okazjonalnie, zdarzało mi się czytać o nim jeszcze w kilku zeszytach.

A jaka była ta droga pełna mąk, o której mówiłem? Aby zachować swoje działanie, zielony pierścień musi być ładowany raz na dwadzieścia cztery godziny przy użyciu zielonej baterii (która – jako jedyna- wygląda jak latarnia). W wyniku uszkodzenia dokonanego przez złoczyńcę, bateria, którą Guy próbował naładować swój pierścień… wybuchła mu prosto w twarz. Hal i Kari, dziewczyna Guya, sądzili że umarł, co zapoczątkowało ich romans. W rzeczywistości, rzekomy nieboszczyk przebywał uwięziony w Phantom Zone – przestrzeni pomiędzy wymiarami, służącej za więzienie na dawnym Kryptonie. Tam, Guy spotkał Generała Zoda i innych, co mocno zmieniło jego psychikę. Wciąż mógł widzieć skrawki rzeczywistości – jak jego ukochana rozwijająca swój związek z Halem. Ledwo co powstrzymał ich, kontaktując się z Kari Limbo telepatycznie. Kiedy Gardner w końcu wydostał się z Phantom Zone, cierpiał na ciężkie uszkodzenie mózgu i zapadł w śpiączkę na siedem długich lat. Kiedy wstał, był pełen gniewu i kompleksów – przekonany o tym, że Hal Jordan jest przyczyną wszelkich jego nieszczęść.

 PSX_20150126_180314Mój następny kontakt z tym bohaterem miał miejsce cała lata później, kiedy odświeżałem sobie stare roczniki Action Comics. Guy pojawił się w #709, ale była to (ponownie) kompletnie inna postać. W historii, trafiał do Metropolis wściekły i w stylu podobnym do Hulka (tylko, zamiast stawać się zielony, nagle pojawiały się barwy wojenne), niszczył miasto jako wielki potwór. Superman zdawał sobie sprawę z tego, że biedak nie miał najmniejszej kontroli nad swoimi mocami i musiał go uspokoić (dając mu solidnego łupnia – co wcale nie przyszło łatwo). Na tym etapie byłem kompletnie zdezorientowany. Ta postać była znana jako Warrior **. Bohater dzisiejszej notki przyjął to imię po tym, jak najbardziej znany z Zielonych Latarni, Hal Jordan (ten sam), oszalał i zniszczył wszystkie oddziały swojej organizacji (mordując albo zabierając pierścienie), a potem próbował zawładnąć nad czasem (To naprawdę długa historia, postarajcie się to zignorować na razie). PSX_20150126_161854Podróżując po Afryce, Guy natknął się na magiczną „wodę Wojownika”, która uwolniła w nim Vuldariańskie DNA – okazało się, że był potomkiem rasy międzygalaktycznych wojowników, którzy zaszczepili swoje geny tysiące lat wcześniej. Seria Warriora to typowy crap lat dziewięździesiątych – przesadna muskulatura, zaciśnięte zęby, dużo krzyczenia.  Udało jej się natomiast ustanowić trochę przeszłości- opowiedzieć o trudnym dzieciństwie głównego bohatera, jego ciężkiej rywalizacji z bratem albo o niespełnionych ambicjach. Wkrótce później natrafiłem na tomik Green Lantern: Rebirth, gdzie scenarzysta Geoff Johns pragnął przywrócić dawne status quo Zielonych Latarni: Hal powraca spośród martwych ( i okazuje się, że był opętany a nie obłąkany), a  Guy wraca do swojej Zielonej Ramoneski – choć już nie do grzyba. Nie miałem pojęcia co myśleć o tym Gościu (pun intended)- wkrótce, ku mojemu zaskoczeniu zorientowałem się, że istnieje cała fanbaza dookoła niego. Zacząłem wypytywać ludzi, doczytywać i z czasem zorientowałem się, że przegapiłem jedną z najbardziej wielowarstwowych i interesujących postaci DC (a w New52 to już niewątpliwie).

„We are Red, you are dead”

Guy_Gardner_004Widzicie, wygląda na to, że scenarzyści naprawdę nie mieli bladego pojęcia co właściwie robią z Guyem Gardnerem. Wszystkich innych ziemskich przedstawicieli Green Lantern Corps możesz rozłożyć na czynniki pierwsze dość łatwo – o Halu już pisałem -twardziel starego typu, Kyle Rayner to pogodny nastolatek, łatwy do identyfikacji (bardzo w stylu Marvela), John Stewart to Blacksploitation przetworzone na spokojnego i stoickiego (czyt. bez charakteru) reprezentanta rasowego. Guy ma w sobie prawie to wszystko powyżej i znacznie, znacznie więcej. Guy był jakby jednym wielkim polem eksperymentalnym dla różnych pomysłów.

W wyniku Green Lantern: Rebirth, odwzorowano Zielone Latarnie do wcześniejszej glorii – teraz Guy był gwiazdą nowego magazynu, Green Lantern Corps, wydawanego równocześnie z Green Lantern, które z kolei opowiadało o przygodach odrestaurowanego Hala Jordana. To była dobra seria. Wielu czytelników ignorowało Corps., co jest dużą stratą – gdyż przez większość czasu trzymały wysoki poziom. Jedną z innowacji, jakie Geoff Johns wprowadził do uniwersum DC było  emocjonalne spectrum. Już od dawna było wiadomo, że zielony pierścień czerpie swoją energię z siły woli nosiciela oraz to, że ma ogromną słabość na kolor żółty. Przez większość historii nie było dla tego żadnego wyjaśnienia. Okazuje się, że poza Zielonym Światłem – jest jeszcze szereg innych, reprezentujących zupełnie inne emocje: Żółty to kolor strachu, niebieski nadziei, fioletowy miłości, indygo współczucia, a czerwony – gniewu. W komiksie Green Lantern Corps: Blackest Night***, Guy miał kontakt z czerwonym pierścieniem. W ataku niewyobrażalnego gniewu o mało co nie pozabijał wszystkich dookoła – ale dzięki pomocy samoświadomej planety Mogo i niebieskich latarni, w końcu udało mu się pozbyć wpływu czerwonego światła (długa historia – polecam komiks dla zainteresowanych).

 PSX_20150126_163632 W końcu, zarząd Zielonych uważał, że Czerwone Latarnie były bardzo problematyczne. Po pierwsze, jest to światło ustawione na samym skraju całego spektrum – nosiciele czerwonych pierścieni są niezdolni do kontroli, a same pierścienie mają na nich ogromny wpływ. Dodatkowo, dowodził nimi Atrocitus – bohater o ogromnej urazie do Guardians of the Universe, założycieli zielonych i zabójca poprzednika Hala Jordana, Abina Sura. Hal, tym razem pełniący rolę lidera, poprosił Guya o przysługę – właśnie ze względu na jego wcześniejszy kontakt z czerwonym światłem. Potrzebował kogoś na tyłach, kogoś kto mógłby dokładnie rozczytać się w ich planach i raportować z powrotem do niego – szpieg. Oczywiście, jak to w tej relacji bywa – coś po drodze się spieprzyło i Guy Gardner utknął na dobre z czerwonym pierścieniem. Nagle, nudna i kiczowata seria (Red Lanterns) stała się jedną z najjaśniejszych części uniwersum DC. Guyowi udaje się nie tylko zmienić Latarnie w siłę dobra we wszechświecie, ale i odzyskać ważny sektor – Ziemię. Tak jest, Ziemia jest jurysdykcją Czerwonych, nie należy już do Green Lantern Corps. Jeśli ktoś chciałby wciągnąć się w przygody Guya Gardnera – tomik Red Lanterns: Blood Brothers  wydaje się idealnym początkiem. Charles Soule jest w stanie nie tylko w ciekawy sposób poprowadzić postać tak, żeby wszyscy starzy fani byli zadowoleni, ale i przedstawić ją w jak najlepszym świetle dla wszystkich nowych czytelników. Także, to tutaj Guy przestał wyglądać jak osiedlowy dres i zaczął chodzić dookoła w przebraniu gwiazdy rockowej. Powiem Wam szczerze, że nienawidziłem Guya Gardnera z wcześniejszych lat. To właśnie Czerwone Latarnie przekonały mnie do tej postaci. Zacząłem czytać więcej, dużo bardziej interesować się tą postacią i jednym efektów tego jest ta notka.

Dziedzictwo

JusticeLeagueTVSeriesGuy Gardner nie miał szczęścia, jeśli chodzi o występy w innych mediach. Jedyny raz, kiedy został zagrany przez aktora miał miejsce w pilotażowym odcinku nigdy nie wydanego serialu Justice League z 1997 – ale tam, to był Guy tylko z imienia. Twórcy zdecydowali się na połączenie wszystkich ziemskich Latarni, z wyjątkiem Johna Stewarta (to brzmi jak rasizm, ale w przypadku tego okropnego serialu- raczej zbawienie). Tamtejszy Guy był sprzedawca oprogramowania komputerowego (???), miał osobowość Hala Jordana, maskę i logo Kyle’a Raynera i Ramoneskę Guya. A, i z jakiegoś powodu postanowiono zamienić „Zielony” na „Turkusowy”. Najwidoczniej twórcy mieli do dyspozycji tylko greenscreen, a nie bluescreen. Miał nieco więcej szczęścia z serialami animowanymi – Regularnie pojawiał się przy Batman: Brave and the Bold (Odważni i Bezwzględni)Green Lantern: The Animated Series z 2013 wreszcie przedstawia go w pełni swojego charakteru. Nie jest jeszcze jasne, czy w nadchodzącym reboocie filmowej Zielonej Latarni będziemy mieli do czynienia z Halem Jordanem, tak jak ostatnio, czy może z kimś innym. Ale osobiście, biorąc pod uwagę jego reputację i to, że wciąż mało osób wymienia go jako swojego ulubionego członka Green Lantern Corps – są na to małe szanse.

 Reboot praktycznie nie dotknął Zielonych Latarni – DC zdecydowało się na płynne przejście, żeby Geoff Johns mógł dokończyć swój wieloletni, uwielbiany przez fanów run. Pomijając gościnne występy w innych seriach (takich jak Justice League International), oraz kilka poprawek dotyczących jego rodziny – historia Guya pozostała praktycznie nietknięta. W momencie, kiedy nie jesteśmy pewni co właściwie jest kanoniczne w przypadku Supermana czy Batmana, Guy Gardner ma za sobą kilkadziesiąt lat solidnego backstory (nawet jeśli zostały skompresowane do 5 lat).

* – Z powodu mylącej nazwy, w późniejszych repritach została podpięta pod swoją kontynuację, Justice League International, a omawiany zeszyt znajdziecie w TPB zatytułowanym „JLI – New Beginning” lub (tak jak ja czytałem) tomiku „JLA – Greatest stories ever told„, jakby ktoś szukał

 ** – Ciężka sprawa – Ta seria była tylko raz w druku, tylko dwa numery pojawiły się na ComiXology i o ile mi wiadomo, nigdy nie doczekała się wydania w formie tomika. Pozostaje poszukać na ebayu, albo kogoś, kto interesuje się tym crapem bardziej od Ciebie (moja opcja)

*** – Chodzi o tie-in do historii Blackest Night. Polecam obydwie historie.

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • Zuzanna Patkowska

    Ale fajnie, że wreszcie jest coś nowego! Nie wiesz nawet, jak ja czekałam na update na tym blogu. A jeszcze przywitał mnie nowy look całej strony! To była wspaniała niespodzianka.
    Co do Guya Garnera – ja go właśnie znam głównie z „Batman: The Brave and the Bold”. Wydał mi się takim trochę narwańcem i miałam wrażenie, że on jest jakimś nastoletnim superbohaterem (jak nowy Blue Beetle). Niekoniecznie mnie wkurzał, ale po prostu mnie Latarnie specjalnie nie jarały, a więc i Guy mnie nie jarał.
    Natomiast notka bardzo interesująca.

  • Damian

    Bardzo ciekawy artykuł , sam od pewnego czasu myślę czy nie wciągnąć sie w uniwersum Zielonych Latarni

  • StacjaKosmiczna

    Ja pamiętam Guy’a z pierwszych numerów GL wydanych w Polsce, jeszcze za czasów wspomnianego „grzybka” ;) Pamiętam również, że strasznie nie mogłem przeżyć szybkiego zakończenia serii i nawet album „Ganthet’s Tale”, pomimo swojej mocy, nie był w stanie wynagrodzić żalu :/

  • MarvelMan

    Oho…to już wiem kim jest ten Gość (ha,ha) z „Batman:Odważni i Bezwzględni”. Chciałem jeszcze wspomnieć że Guy Gardner miał z tego co wiem małe cameo w serialu animowanym „Young Justice” („Liga Młodych”) gdzie jego hologram pojawił się kiedy JL szukało nowych członków, Flash wysunął go jako propozycje co Hal Jornad i John Stuart skwitowali synchronicznym „nie”

    • Jarek Jackiewicz

  • bumelant

    Czytacie na tablecie? Ile cali, jaki model, jak to wygląda w praktyce? Chcę się przesiąść na tablet i nie znalazłem nigdzie szczegółów komiksowych. Rozejrzałem się i stawiam na 12,2 cale, 16:10. Inne wydają mi się małe, powiększanie, przewijanie itp.

    • Adam Antolski

      Ja czytam na Nexus 10, co daje mi dziesięć cali z obłędną rozdzielczością 2560×1600 – jakość niczym nie różni się od drukowanej kartki z papierowego komiksu. Z mojego osobistego doswiadczenia, wielkość ekranu nie ma tak wielkiego znaczenia jak jego klarowność, ilość widocznych detali. Wcześniej miałem jakiś chińsski tablet o rozdzielczości 1280×800 (też 10 cali) i różnica jest kolosalna – od czasu zmieny ani razu nie powiększałem czy przewijałem – chyba, że w gre wchodziły strony podwójne. Jeśli miałbym cokolwiek polecać do czytania komiksów, najlepiej zwracać uwagę właśnie na ilość pikseli.

      • bumelant

        Ideał? 12,2 cali:

        • Adam Antolski

          Ja uzywam tabletu także do innych rzeczy i (przynajmniej dla mnie) 12′ to za dużo (i prawdopodobnie za ciężkie, to musi swoje ważyć) . Tablet, który podales ma dokładnie taką samą rozdziałkę co mój Nexus, wiec jedyna różnica jest w wielkości ekranu (a nie detali na nim) – więc to już bardziej kwestia osobistej preferencji.

          • bumelant

            753 g, Twój 603 g, pod ty względem ok. Tablet ma jak najdokładniej odwzorować tradycyjny komiks, chyba o to chodzi? I przy tym rozmiarze wrażenia będą najbliższe pierwowzorowi. I rozpatruje zastosowanie tylko do komiksów. Nic lepszego nie udało mi się wykombinować.

          • Adam Antolski

            To już czysto kwestia osobistych preferencji. Jak dla mnie, odrobine mniejszy rozmiar pozwala lepiej objąć całą stronę wzrokiem i jest bardziej podręczny, np. w podróży. Warto też wspomnieć, że jest spora różnica w tym, jak tablet się trzyma – szczególnie, jeśli przechodzisz na tablet z miękkich zeszytów (zdecydowany spadek wygody). Jeśli planujesz czytać wyłącznie komiksy i wyłącznie w domu – tak, prawdopodobnie masz rację. Wciąż, tak dla formalności, wysyłam małe porównanie – różnica nie jest na pewno kolosalna. Ale jeśli preferujesz mieć całą kartkę, 1:1 jak komiks, w takim razie – wybieraj co CI odpowiada najbardziej :)

          • bumelant

            Dzięki, to porównanie daje mi pełen obraz.

          • bumelant

            Maiłeś rację, mam 10,5 cala i jest ok, waży około 400 ale po 6 numerach ciężko się zrobiło. A jaką przeglądarkę polecasz?