Multiversity #1 – opinia | UncleMroowa

Multiversity #1 – opinia


Wreszcie wydano pierwszy numer serii Multiversity – Będzie to seria, która ma potencjał całkowicie zmienić obecny wizerunek DC. Całość ma być wiekopomnym dziełem, które zajęło scenarzyście – Grantowi Morrisonowi… całe osiem lat.

Pierwszy raz zapoznałem się z twórczością Granta Morrisona podczas jego runu w JLA. Na tym etapie, nawet nie zwracałem uwagi na twórców. Dopiero później zorientowałem się, że mój ulubiony okres zespołu przypada na czas pracy mojego ulubionego scenarzysty. Równie miło wspominam czytanie z wypiekami na twarzy wszystkich jego komiksów z Batmanem. Dla mnie, Batman Morrisona jest najlepszą inkarnacją Mrocznego Rycerza, zawierającą w sobie wszystkie poprzednie, ale równocześnie… nie są to historie dla każdego.

belka1

Podróż w świat Multiversum DC jest wyjątkowa, jeśli prowadzi nas Grant Morrison

Podróż w świat Multiversum DC jest wyjątkowa, jeśli prowadzi nas Grant Morrison

Mówiąc o Grancie Morrisonie, należy pamiętać o jednym detalu – gość jest obłąkanym geniuszem. Ten scenarzysta ma obsesję na punkcie różnych tytułów z czasów srebrnej ery komiksu – czasów, kiedy superbohaterowie byli czymś zupełnie innym. Grant jest fanem wszystkiego co kuriozalne, dziwaczne i niesamowite. Robi wszystko, żeby wkomponować jak największą ilość przeróżnych komiksów, historyjek i opowiastek z przeszłości w swoje współczesne opowieści, nie licząc się z jakimkolwiek realizmem, powstałymi dziurami fabularnymi etc. Cały jego „master plan” przy Batmanie polegał właśnie na tym – na wzięciu wszystkiego, czego twórcy komiksowi wstydzili się przez lata, wszystkiego co wycięto z kanonu… i wciśnięcie tego z powrotem, w zupełnie nowy, kreatywny i innowacyjny sposób.

Podobnie było przy jego serii All-Star Superman, gdzie bez najmniejszej żenady wpakował Jimmy’ego Olsena w strój kobiety (w zupełnie nowym kontekście), czy wprowadził odniesienia do historyjek, których żaden ze współczesnych czytelników nie znał. Im więcej wiesz o historii komiksu, tym więcej przyjemności będziesz wyciągać z lektury Morrisona. A jeśli nie, jego sposób opowiadania skutecznie zachęca do dokładnego studiowania przeszłości danego tytułu.

Harbinger, jedna z powracających postaci

Harbinger, jedna z powracających postaci

I patrząc na pierwszy numer jego nowej serii – nie inaczej jest w tym przypadku. Multiversity to historia o losach Wieloświata DC – amalgacji wszystkich alternatywnych wymiarów, jakie to wydawnictwo wyprodukowało przez lata. Bez zbędnego wstępu, scenarzysta wprowadza nas wprost na głęboką wodę, otwierając odniesieniem do historii Flasha. Widzicie, drugi Flash (Barry Allen) żył w innej rzeczywistości jak ten pierwszy (Jay Garrick). I Barry… zapożyczył sobie swój przydomek i strój z komiksu o przygodach pierwotnego speedstera. Później, kiedy pokonuje odpowiednią szybkość, udaje mu się spotkać oryginał. Morrison na bazie tej starej historyjki konstruuje całe multiwersum. W obliczu międzygalaktycznego zagrożenia, postacie orientują się, że fikcja jednego świata… jest rzeczywistością innego. Każdy numer ma mieć zupełnie inny branding i szatę graficzną, a w każdym następnym zeszycie, bohaterowie będą komunikować się ze sobą czytając poprzedni numer. To już stały element budowania świata u Morrisona. Tę samą teorię przedstawił w Batman RIP („Wyobraźnia to jest piąty wymiar, Bruce”), jak i w swojej książce Supergods. W jego opowieściach, wyobraźnia to jedynie zmysł, który pozwala nam odczuć nieskończoność innych światów. To charakterystyczna hipertekstualność prac Morrisona, który na tym etapie prawdopodobnie już wierzy, że nasza ziemia też znajduje się w wieloświecie DC. W pierwszym numerze dostajemy nawet szereg odwołań do samego czytelnika, jakby i on był integralną częścią tej przygody (co również, samo w sobie jest odniesieniem).

Nasz zespół

Nasz zespół

Skład zespołu jest zaskakująco różnorodny, a każdy z herosów jest jakimś dziwacznym, alternatywnym tworem z innej rzeczywistości. Głównym bohaterem jest, na przykład, czarnoskóry prezydent Superman z Ziemi-23. Na drugim miejscu mieści się Captain Carrot, antropomorficzny królik z Ziemi-C. Wszystkich już widzieliśmy i każdy kadr komiksu jest jakimś odwołaniem do bogatej i przedziwnej historii DC Comics. Są też miejsca i postacie, które możemy kojarzyć jeszcze z Crisis on Infinite Earths. Jeszcze więcej smaczków dla fanów DC szykuje się w następnych numerach: Będziemy mieli okazję zobaczyć super-synów Batmana i Supermana, westernową wersję Ligi Sprawiedliwości znaną jako Justice Riders, czy herosów z Ziemi-16, gdzie cała przestępczość została już pokonana, a superbohaterowie pełnią rolę celebrytów.

Pierwszy numer spełnia znakomicie swoje zadanie przedstawienia wszystkich niezbędnych wątków – po pierwsze, obserwujemy losy ostatniego z Monitorów imieniem Nix Uotan. Zostaje nam przedstawiona międzywymiarowa siła, chcąca zniszczyć cały wieloświat i powstaje pierwszy zespół. Widzimy pewne odniesienia do innych wątków charakterystycznych dla Morrisona – jak chociażby życie mikroskopowe, które grało też istotną rolę w Final Crisis. Wszystkie historie i światy przenikają się nawzajem, tworząc bardzo spójną i skoncentrowaną opowieść.

Wcale nie Dr Doom... czy coś

Wcale nie Dr Doom… czy coś

Na dodatek, dostajemy całkiem oczywiste odniesienia do największej konkurencji DC, Marvel Comics. Ziemia, którą na samym początku odwiedza Uotan jest chroniona przez jej ostatniego bohatera – Boga Thunderera. To nie brzmi jak alternatywna wersja Supermana, lecz jednego z prominentnych członków Avengers – Thora. Oczywiście, żadne znajome nazwy nie padają bezpośrednio, ale ciężko powstrzymać swoje skojarzenia. W pewnym momencie, bohaterowie muszą stoczyć walkę z zespołem The Retaliators, którzy wydają się być dość oczywistym analogiem Avengers – liderem jest harcerzykowaty The Crusader, pomaga mu uzbrojony Machinehead. Znajduje się tutaj też Doctor David Dibble, który zmienia się w wielkie, niebieskie monstrum znane jako Behemoth. Nawet w nazewnictwie widzimy Marvela, gdzie wielu bohaterów posiadało imiona zaczynające się na tę samą literę, co było charakterystyczne dla pisarstwa Stana Lee (Bruce Banner, Reed Richards – czy nawet w hasłach, jak Avengers Assemble).

belka2

Kreska Ivana Reisa pomaga nam uwierzyć, że wszystkie te kompletnie odmienne postacie zajmują to samą przestrzeń. Captain Carrot, pomimo swojej kreskówkowej fizyki, wygląda jak postać, która należy do tego świata. Wszystkie pozy są narysowane bardzo dynamicznie, oddając świetnie ruch, i płynnie przeskakują z jednego kadru na drugi.

Rób, jak mówią.

Ja bym zalecał coś… dokładnie odwrotnego.

Jeszcze nie jest jasne jak duże reperkusje będzie mieć starcie z przeciwnikiem przedstawionym w serii i czy wydarzenia będą mieć jakikolwiek wpływ na mainstreamowe uniwersum DC. Naprawdę chciałbym, żeby ta seria wywarła mocny wpływ na całe wydawnictwo, gdyż od czasu przejścia na New52, większość tytułów stara się w jakiś sposób imitować Batmana – pełno jest bezcelowej przemocy, epatowaniem seksem w mało elegancki sposób i udawania, że przedstawione postacie są badass (choć nie zawsze tam kryje się ich siła). Są tytuły, w których współczesne DC przypomina najgorszy etap Image Comics albo lata dziewięćdziesiąte Marvela.

Wiążę wielkie nadzieje z Multiversity. Cena okładkowa jest odrobinę odpychająca, ale komiks jest warty każdego centa z pięciu dolarów wymaganych przez ComiXology. To zupełnie odświeżające podejście do całego konceptu Multiwersum, mocno rozszerzająca dotychczasowe światy. Pierwszy numer zapowiada wielką przygodę i stanowi praktycznie wszystko, na co fani czekali od bardzo dawna. W swoim rdzeniu, to nadal rozrywkowa przygoda z różnokolorowymi bohaterami. Ale pod wierzchnią warstwą… kryje się znacznie więcej, zagłębiając się nieco bardziej w naturę medium, jakim są komiksy.

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem: