Przestań lubić rzeczy, których ja nie lubię


Slash Fanfiki mogą nie być arcydziełami literatury, ale czemu one w ogóle obchodzą kogokolwiek, do kogo nie są skierowane?

Wbrew pozorom, to nie jest bohater tej notki.

Wbrew pozorom, to nie jest bohater tej notki.

„Fandom” to słowo, które określa miłośników, tj. fanów danego zjawiska, serialu telewizyjnego, gry, czy czegokolwiek innego w popkulturze. Jest to określenie społeczności, wewnątrz której można wymieniać się rekomendacjami, opiniami czy generalnie, wspólnym uwielbieniem dla danego dzieła czy postaci. W teorii, bycie w fandomie jest pozbawione wymogów, obecnych w wielu innych grupach towarzyskich – nie ma większego znaczenia płeć, kolor skóry, pochodzenie czy seksualność. Nie dlatego, że wszyscy biorący udział w tej zabawie są tak tolerancyjni i fajni;  one po prostu raczej nie mają znaczenia w kontekście tego, czy lubisz bardziej Iron Mana czy Batmana. Fandom to naprawdę wspaniała instytucja, jednak nie jest pozbawiona pewnych wad  – między innymi potrzeby unormowania wszystkiego. Bardzo często, w fandomie panują określone reguły i zasady dotyczące tego co powinno się lubić, a czego nie. I tutaj jest kompletnie nieważne, czy mówimy o grach, mangach czy komiksach – każdy z czytelników, który kiedyś nie zgadzał się z powszechnym consensusem fandomu i próbował to wyrazić, szybko musiał spotkać się z próbami uciszenia lub nawet poniżania.

Do pewnego stopnia – jestem w stanie zrozumieć wkurzenie na kogoś, kto obraża Twoją ulubioną grę, film, czy komiks. Jeśli wkładasz w coś dużo energii i serca – nie jest miło patrzeć, jak ktoś miażdży twoją ulubioną zabawkę. Oczywiście, religijne oburzenie na temat Marvelowego Civil War czy Fallouta to uczucia źle ukierunkowane, ale opierają się na podobnych namiętnościach i to jeszcze kompletnie rozumiem – nawet jeśli ich nie popieram, w większości przypadków. Dla mnie, największym zaskoczeniem było odkrycie, że na podobne oburzenie i sprzeciw  można się natknąć próbując pozytywnie bronić czegoś, co inni nienawidzą. Albo lepiej – robić coś dla własnej przyjemności, nie wadząc przy tym nikomu.

Wczoraj zostało ogłoszone, że David Tennant, przez lata grający Doctora (Who), będzie odgrywać złoczyńcę znanego jako The Purple Man w  jednym z seriali Marvela, które teraz produkują dla Netflix (AKA Jessica Jones) – co oczywiście oznacza, że będziemy mogli zobaczyć dość niecodzienny widok Tennanta pomalowanego od stóp do głów na fioletowo. Jeśli się nad tym zastanowić, to nie jest zbyt duży news – nie tylko inny odtwórca głównej roli w Dr Who grał już znacznie większą rolę w  filmowym uniwersum Marvela (Christopher Eccleston odgrywał rolę Malekitha w Thor 2 i wtedy #nikogo), ale i sam Tennant jest niemal całkiem nieistotny jako aktor – prawda jest taka, że mało kto prawdziwie doceni ten wybór, pomijając wąską grupę jego fanów i fanek. Zatem… ich zdrowie i przechodzimy nad tym do porządku dziennego, prawda? Prawda? Oczywiście, że nie.

Tak, właśnie to jest bohater, którego grać ma David Tennant.

Tak, właśnie to jest bohater, którego grać ma David Tennant.

Rzecz w tym, że David Tennant jest przystojnym aktorem (tak mi mówiono, ja tam się nie znam) i lwia część jego najbardziej oddanego fandomu to kobiety. O ile większość serwisów i fanpejdży newsowych zachowały pewien profesjonalizm, o tyle nie mogę tego samego powiedzieć na temat kilku grup dyskusyjnych, do których jestem zapisany. Ku mojemu zdziwieniu, wszystkim nagle zaczęło przeszkadzać, że jakieś hipotetyczne fanki na tumblr zaczną pisać fanowskie opowiadania o seksualnych przygodach Purple Mana i Sherlocka (tak, Purple Mana). Opowiadania, które umieszczałyby (nadal mówimy o hipotetycznym wydarzeniu, nic z tego się jeszcze nie stało… o ile mi wiadomo) na własnych tumblrach i nikt, kto nie chciałby, nie musiałby ich czytać.

Jak dla mnie, kryteria oceny danego dzieła kultury zawsze były dosyć jasne. Jeśli ktoś tworzy coś dla przyjemności własnej i swoich przyjaciół, udostępniając to za darmo – niech to sobie robi do woli. Takie rzeczy pozwalają nabrać warsztatu pisarskiego, nikt nie musi za to płacić i całkiem łatwo ich unikać. W momencie, kiedy taki fanfic stałby się dostępny komercyjnie, opublikowany w swojej najlepszej formie – podlega dokładnie takim samym kryteriom jak każda inna książka. Tu nie ma przeproś. Ale ponownie dopóki ktoś ma frajdę z wymyślania jakichś abstrakcyjnych historii o Hawkeye’u rozpoczynającym miłosną przygodę z Darkseidem -pamiętając o tym jak bardzo to kuriozalne, nie widzę w tym jakiejkolwiek krzywdy. Uwierz lub nie, ale większość fanek właśnie w ten sposób wyraża swoje zaangażowanie i uwielbienie dla postaci. To prawdopodobnie nie są arcydziela literatury, ale czemu to kogokolwiek obchodzi? W jaki sposób to jest istotne?

Prawdę mówiąc, chciałbym usłyszeć tę kwestię od Davida Tennanta.

Prawdę mówiąc, chciałbym usłyszeć tę kwestię od Davida Tennanta.

Nigdy w życiu nie czytałem żadnego slash fanfica i prawdę mówiąc- nie planuję. I nawet jeśli tego nigdy nie zrobię – wiem dla kogo (i przez kogo) zostały napisane (oraz jaką pełnią funkcję). Krytykowanie tego typu opowiadań jest jak całkiem poważna próba analizy parodii porno pod względem niezgodności z adaptowaną lekturą. Być może nie są najlepiej napisane i zagrane, ale nikt nie oczekuje po nich tego samego, co przy blockbusterach.

Także – tak zupełnie na marginesie: David Tennant za cholerę nie pociągnie tej roli. Nie czytałem za wiele, ale robiąc sobie bardzo szybki research: w życiu nie wypowie tych dialogów wiarygodnie.

Autorem fotografii  w nagłówku i miniaturze jest Phil Mellor.  Zdjęcie rozpowszechniane jest na zasadach licencji Creative Commons

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • Pchla Buda

    Jedyny fanfick jaki czytałem, to opowieść o ciągu dalszym Gothica II. Czułem zawód, gdy wyszedł G3 i okazało się, że oryginalna fabuła gry jest o wiele mniej interesująca niż ten przypuszczeniowy fanfick.

  • http://mojedziwnezapiski.pl/ Marcin Góra

    Podobnie jest z Lokim, wiele kobiet ogląda filmy MCU właśnie dla Lokiego i wzdychają do niego podczas seansu :D

  • Zuzanna Patkowska

    No, czas, aby wypowiedziała się weteranka XD. Chociaż od razu zaznaczam, że nie jestem fanką slashu, ALE mogę jakiś przeczytać, jeśli po pierwsze – ma ciekawą fabułę, po drugie – jest psychologicznie spójny (no… jest jeszcze jeden powód, ale o nim potem). Ze slashem (i poniekąd również z yaoi) jest taki problem, że niektóre autorki operują na pewnych stereotypach, chociażby na podziale na seme i uke (który, jakby się nad tym głębiej zastanowić, jest trochę homofobiczny, bo jedna z postaci musi nabrać cech „kobiecych” i podporządkować się swojemu partnerowi) albo na ignorowaniu, że jakiś bohater ma, np. żonę i dzieci, albo jeszcze na starej (nie)dobrej Gejlandii, gdzie zjawisko homofobii nie istnieje, a mpreg jest na porządku dziennym.
    JEDNAKŻE – Taki kuriozalny slash, który nie bierze siebie zbyt serio, nadaje się do poprawienia humoru.
    Niedawno, będąc w fandomie „Strażników Galaktyki” poznałam pewnego gościa, który mi powiedział, że w jednej ze społeczności, w której się udzielał, była tylko jedna zasada: Nie wylewać hejtu na kogoś tylko dlatego, że shippuje taki pairing, a nie inny. Z kolei Vampircia napisała kiedyś takie zdanie, że każdy pairing może być sensowny, trzeba go tylko odpowiednio napisać.