Agents of S.H.I.E.L.D | UncleMroowa

Agents of S.H.I.E.L.D


Agents of S.H.I.E.L.D przekroczyło moje wszelkie oczekiwania dotyczące dobrego, komiksowego serialu mającego miejsce w filmowym uniwersum Marvela. Ale najmniej w tym wszystkim było samego komiksu.

Agents of S.H.I.E.L.D (nienawidzę tego tytułu, za dużo kropek) jest nowym, wciąż trwającym serialem Jossa Whedona. To samo z siebie wystarczy, żeby ludzie nie mogli się zamknąć. Ale to nie wszystko – dodatkowo, akcja ma miejsce w filmowym uniwersum Marvela, na wieki złączonym dzięki popisowej, kinowej wersji Avengers.

Kiedy serial był zapowiadany, spodziewałem się dość biednej przybudówki do uniwersum – kilka gościnnych występów tu i tam, Coulson wyjaśniający kilka tajemnic dotyczących kilku dziur fabularnych, a wszystko na wyjątkowo ciasnym budżecie. Bo o ile w komiksach nie ma problemu z wciśnięciem do historii jakiegoś Iron Mana czy Kapitana Ameryki (często zresztą pojawiają się tam nieproszeni i bez potrzeby) – konieczność wypisania czeku Robertowi Downeyowi Jr. może zniechęcać do takich eksperymentów. I jeśli zmartwychwstały Coulson, który 80% swojej filmowej kariery spędził jako gość od ekspozycji, miałby być jedyna gwiazdą tego show – myślę, że mógłbym spokojnie darować.

Oczywiście, wygląda na to, że wszystkie moje obawy okazały się kompletnie bezpodstawne. Serial sam stara się opowiedzieć własną historie, nie zajmując się zbytnio faktem dzielenia uniwersum z Hulkiem i Thorem. Gdyby wyciąć kilka linijek dialogów z pierwszego odcinka i jeden gościnny występ pod sam koniec drugiego, widz mógłby nawet nie zauważyć, że ten serial jest częścią większej całości. Pewnie, kilka komiksowych historyjek pojawia się tu i tam, ale w dużej mierze Agents of S.H.I.E.L.D polega na swoich własnych bohaterach i historiach. Co jest wyjątkowo ciekawe. W pewnym sensie, przez przyjęcie tej formuły – tytułowi jest dużo bliżej do Z Archiwum X lub Facetom w czerni niż do Thora.

W pewnym sensie, dość duża w tym szkoda. Największą siłą filmowego uniwersum Marvela jest przyjęcie – na dobre i na złe – całej dziecinności i kiczu komiksowego odpowiednika. Agents of SHIELD gra tą kartą bardzo ostrożnie. Jak do tej pory, wszyscy przeciwnicy byli gośćmi w garniturach, przedstawicielami różnych agencji i organizacji (nikt szczególnie interesujący, w każdym razie). Jakimś trafem pojawia się jeden bardziej mainstreamowy bohater, odnoszący się do czwartego planu Marvela. Dostajemy nawet quasi-komiksowe origin story, ale w żadnym momencie nie widzimy jak ktoś wkłada na siebie swój strój, nikt *nowy* też nie jest nazwany z imienia. Jeśli wiesz, z jakimi przeciwnikami SHIELD walczył od czasu do czasu – to pewne rozczarowanie.

Z tym, że to nie jest komiksowy SHIELD – to swój własny byt, który ma prawo być oceniany na swoich własnych warunkach. Na tym etapie, serial wciąż się rozkręca. Obserwowałem jak moja opinia powoli zmieniała się z odcinka na odcinek. Początek jest wyjątkowo oszczędny i tani, ale z każdą następną historią jestem coraz bardziej zainteresowany losami bohaterów i -kompletnie wbrew sobie- zaczynam im coraz bardziej kibicować.

shield2

Oczywiście, fani Whedona nie będą zaskoczeni tym, odkąd to mistrz pisania płytkich ostaci, które później modyfikuje do własnych upodobań.

Odniesienia do komiksów są bardzo oszczędne i często w bardzo odmiennym stylu. W historiach obrazkowych, Nick Fury był cool – był autentycznym szpiegiem z gustem Jamesa Bonda i zaradnością Solida Snake’a. Kiedyś SHIELD był organizacją ciasnych kombinezonów i eksperymentalnych machinerii – to organizacja, która może być aktywnym graczem przy rozgrywkach pomiędzy najpotężniejszymi nadludźmi w uniwersum Marvela. Serialowy odpowiednik jest zaledwie cieniem tego – problemy, z jakimi agenci muszą sobie radzić są raczej ciasne, lokalne… i wręcz odrobinę nudne, jeśli mam być szczery. Myślę, że fani komiksowej wersji agencji raczej nie będą usatysfakcjonowani. Gdyby nie tych kilka podpowiedzi sugerujących co może stać się potem i ogromny kredyt zaufania do samego Whedona… mógłbym już porzucić ten serial.

Jedno, co mnie odrobinę irytuje, to wszystkie aluzje do współczesnej polityki, głównie WikiLeaks i podobnych. W kilku odcinkach panoszy się implikacja, że Rząd jest dobry, a ludzie go kompromitujący w jakikolwiek sposób muszą być fałszywymi idealistami o ukrytych motywach. Historia Skye (hakerki wielkiej międzynarodowej organizacji zajmującej się właśnie przechwytywaniem i uwalnianiem informacji) najbardziej pokazuje jak głęboko to (prawdopodobnie częściowo nieintencjonalne) przesłanie jest zakorzenione. W pewnym momencie pada nawet kwestia, że całkiem fajny jest taki wielki brat, który opiekuje się swoim młodszym rodzeństwem. To prawie tak delikatne jak ” Czy mógłbyś przestać być mutantem?” z X-men 2.

header-marvels-agents-of-shield-first-full-promo-trailer.html

W iście komiksowym stylu, Coulson jest znów żyw i zdrów, pomimo tego, że w Avengers wydawał się raczej martwy. W którymś momencie,  serial będzie musiał wyjawić co się stało… ale jak na razie jesteśmy w sferze domysłów i niepewności. Pojawił się cały stos fanowskich teorii – od klonowania, aż po robotyczny duplikat. I choć trochę z przerażeniem, to przyznaję: obydwie historie wydają się być równie prawdopodobnie. Moim zdaniem, zawarli umowę z Mefisto.

. . : Adam Antolski

Podziel się tym postem:
  • Mao

    Bardzo oszczędna recenzja, szkoda, że nie wymieniłeś ani jednego smaczka wywodzącego się z komiksów, nie wspomniałeś o częstym jednak nawiązywaniu do uniwersum kinowego. Serial jest słaby, rozkręca się powoli dopiero po 3 odcinku.

    • Adam Antolski

      E, to nie recenzja. To taka-sobie luźna opinia na teraz. Do recenzji jest jeszcze daleko (odkąd serial nie jest nawet blisko końca, ciężko oceniać coś niekompletnego).